Wiem, że nic nie wiem

 

Wiem, że nic nie wiem.

Moja głowa od rana bezczelnie kopiuje tę sokratejską myśl.

Mózgownica poci się srogo i nieustannie wyrzuca z siebie kolejne sztuki ksero: wiem, że nic nie wiem, wiem że nic nie wiem,wiem……

Nie wiem nawet czy to Sokrates wypowiedział to słynne zdanie. Podobno nie do końca jest to takie oczywiste.

Nie wiem też czy jest głębszy sens zastanawiać się nad pierwotnym patentem tych słów. Stały się własnością ludzkości. Ot, tak.

Wirują zmumifikowane w czasoprzestrzeni i odbijają się tępo od głów przemądrzałych matołków, hordami wypuszczanych ze szkół… Potem tacy ludzie funkcjonują w społeczeństwie jako produkty ulepione na jedną modłę. Bez głębi, bez bólu. Nie smakują życia. Uprawiają jedynie jakąś żenującą konsumpcję na pokaz. Liczą przy tym koszty i w ich kalkulacjach zawsze bycie człowiekiem klaruje się jako nieopłacalne.

Tacy ludzie wszystko wiedzą, pozjadali wszystkie rozumy świata: swój własny, kolegi, koleżanki i sąsiadki Kwiatkowskiej… Mają monopol na wiedzę. Chodzą dumni jak pawie, a pycha rozsadza im brzuchy jak słynnemu Koziołkowi Matołkowi….

Uśmiać się można.

Nie znają się koczkodany.

O ile zabawniej jest przyjąć pozę Sokratesa. Być prostaczkiem spragnionym wiedzy, słuchać mądrego ludu, który tylko szuka okazji by podzielić się swą wszechwiedzą na najlepiej wychowane dziecko, na najlepiej zainwestowany czas i pieniądze, na jedyne słuszne zaprogramowanie życia…

Zdrowiej jest patrzeć na ten cyrk i przyklaskiwać na pozór wszystkim mądralińskim, ogarniać przy tym wnikliwym wzrokiem swoje wnętrze niczym kura zabałaganione podwórko i szukać w sobie, głęboko ukrytego ziarna niewiedzy. I jeszcze widzieć i rozumieć w sobie człowieka.

Wydaje mi się to jednak zbyt proste i oczywiste.

Tak naprawdę nie wiem co lepsze, a co gorsze.

Bycie ulepionym produktem to poczucie bezpieczeństwa, ułuda posiadania wiedzy i jednocześnie… kompletna nieświadomość tej ułudy. Taka nieświadomość może stać się świadomie przyjętą formą niewiedzy. Zatem przekornie można stwierdzić, że przemądrzały pyszałek jest skromniejszy od ubogiego w swej niewiedzy człowieka. Cóż za ironia. Chyba nie powinnam bawić się w filozofa.

Nie wiem zatem czy chcę się identyfikować z Sokratesem.

Może to był zwykły fanfaron? Może jego świadomość niewiedzy była przyjętą z pełną premedytacją formą wszechwiedzy? Wszak jego dysputy często kończyły się dopiero wówczas, gdy rozłożył swego rozmówcę na łopatki, który przyciśnięty wyższością Sokratesa, musiał ostatecznie przyznać, że nic nie wie.

Po myśleniu przy porannej kawce, mogę jedynie stwierdzić, że zdecydowanie bardziej czuję niż wiem, iż bycie niezindoktrynowaną jednostką to wewnętrzny ogień, nie dający spokoju.

I myślenie, wbrew przyjętemu sloganowi, może cholernie boleć. Ja właśnie się zastanawiam czy zażyć paracetamol ;).

One Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *