Początek tycia i miejsce na grzędzie

 

Początek.

Zawsze musi być jakiś początek.

Prawda stara jak świat, choć może lepiej pasowałoby tu słowo wszechświat. Jest takie jakieś mniej hermetyczne. W ogóle nie znoszę zamykania .Mam prawdziwą klaustrofobię jeśli chodzi o szufladki. Zamykają się  wokół mnie z hukiem każdego dnia, a ja je wciąż otwieram i …specjalnie nie domykam. Na pohybel wszystkim grzecznym, nudnym, zamkniętym umysłom! Jakże przygnębia mnie i bawi zarazem ta niekończąca się zabawa i perfekcyjna reakcja perfekcyjnych chamów  na moją perfekcyjną przekorę.

No, ale znów odbiegam od tematu, wróćmy więc zatem do POCZĄTKU.

Początki bywają różne.

Niektóre są  nieuchwytne, ulotne, czasem zmieniają się niezauważenie w koniec. Bywają też początki trudne albo leniwe. Są też z pompą, te są jedne z moich ulubionych..

Są też początki, które wirują namiętnie wśród nas.  Płoną żarliwie  jak  odpalona zapałka, sieją wokół blaskiem i syczą przy tym dziwacznie. Królewskie są. Ten rodzaj początków jest absolutnie fascynujący, byle tylko nie przepoczwarzać się przy nich w królową jednej nocy. Życie takiej zapałki trwa tylko chwilę i jest jednocześnie  jej  początkiem i końcem, ale jest coś na pocieszenie.

Czasami koniec może być też początkiem ;).  

W tym miejscu zażartuję, a chociażby w czerstwy sposób: „bez początka” nie ma dzieciątka. Taki początek to jest coś! Nie przechodzi bez echa, dość szybko się ujawnia i to w dodatku z pompą. Przynajmniej w moim przypadku tak było. Zupełnie jakbym miała w żołądku pompujące urządzenie, które  chlustem pozbywało się wszystkiego na zewnątrz. Niektóre początki zdają się nie mieć końca.

Dajmy na to,  właśnie uchwyciłam mój setny początek odchudzania… Kocham to. W ogóle życie wciąż mnie zadziwia. I ja w tym życiu, taka realna, z krwi i kości, tak ciepło w nim usadowiona pod grubą kołderką z tłuszczyku wśród absurdów życia. A gdzie był ten początek?

„NIE WIEM, NIE ZNAM, NIE ORIENTUJĘ SIĘ. ZAROBIONA JESTEM”

A zatem przechodząc do rzeczy ten przypadek początku umknął mi i zatarł się zupełnie.

Szok, bo z  zasady jestem otwarta. Mam otwarte oczy i serce. Jestem silna jak lew, a czujna jak ważka,( która  perfekcyjnie śledzi tor swojej ofiary)lecz „nawet zasady są czasem zmienne”..(o czym śpiewa Czesio Mozil w „Efekcie ubocznym trzeźwości”) i w tym przypadku sama się stałam swoją ofiarą. Sama nie mogę się nadziwić z jaką lekkością pozmieniałam sobie zasady.

Zasady spożywania posiłków, zasady mojej jakiejkolwiek aktywności  fizycznej, towarzyskiej, kulturalnej ,społecznej.. ..

Mogę zacząć zwalać winę na liczne (sic!) ciąże, mogę zasłaniać się brakiem czasu, chorą tarczycą, brakiem sił, przerostem obowiązków. Mogę usprawiedliwiać się tym, że nie lubię jak się marnuje jedzenie i to dlatego robię ciągłe „hyc i do brzuszka”, bo dziecko nie dojadło. Mogę. Tylko po co, skoro nie chcę być gruba. Od samego gadania nie schudnę. Godzina rozmowy, w sprzyjających warunkach, to tylko 56 spalonych kcal…

Widzę wyraźnie moją hipokryzję i wstydzę się jej. Jest niemiłosierna. Fakt jest taki, że z reguły nie jadałam na trzeźwo. Muszę się przyznać. Cały dzień były jakieś przekąskowe promile w żołądku :). Porcje niewielkie, ale częste. Takie podobno są najbardziej zdradliwe.

I taki to był początek, ja we własnej osobie, na własne życzenie, lekkomyślnie się do tego stanu doprowadziłam( de facto w moim „zarobieniu i pieluchowym  porobieniu”).

Uwiłam sobie  gniazdko i zasiadłam bezpiecznie na najwyższej grzędzie.

Takie miejsce dało mi wiele możliwości. Było wygodne. Nie trzeba było się nigdzie ruszać, stroić piórek. Nie trzeba było nawet myśleć za bardzo. Dawało mi też najlepszy pogląd sytuacji panującej aktualnie w kurniku i co najważniejsze- MEGA POZYCJĘ domowej kury.  Z takiej pozycji moje gdakanie było naprawdę donośne! Nawet jurny kogut nie dał mi rady(współlokator i założyciel kurnika). Nie dałam się zrzucić. WYGRAŁAM. Mogę być dumna z siebie. Tylko czemu nie cieszy mnie to zwycięstwo? Dziwne.

No i tak to było….Z tym początkiem tycia. Wkrótce opowiem Wam jak to było z początkiem obudzenia się z kurzego letargu.

 

A tymczasem, na koniec dorzucam „uroczy wierszyk” oddający mój wewnętrzny  stan 😉

„stan”

jak wypchane flaki olejem

jak zapchane oczy klejem

jak podcięte korzonki

……………………………..

nie ma już mrzonki

o byciu

zgodną ponurą burą

domową kurą.

2 komentarze

  1. admin

    Tak kochana, życie nie jest gładkie. I za to kocham je szalenie. Ma rożne zęby, zębiska, góry, doliny….Rzeźbi w nas przeróżne rzeczy. Dzielmy się nimi, a wszyscy będziemy bogatsi 😉

  2. Aga

    Witaj, wszystko co piszesz to szczera prawda choc przedstawiona w poetycko zabawny sposob . Grunt to umiec smiac sie ze swojej glupoty I byc siebie swiadomym.Fakt, zycie to nie sielanka.Nie jest gladkie jak pupka niemowlaczka. Z trojka dzieci nie ma roznicy.pozdrowienia z londynu siostrzyczko.Keep it up.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *