Bo odchudzanie zaczyna się w głowie…

Domowa, szpetna kura….przeciera oczy ze zdumienia….

…budzi się z szaro-burego snu…

No to jak to jest z tym odchudzaniem? Samo nie przyfrunie. A raczej nie odfrunie nic samo. Trzeba trochę pomachać skrzydłami. Myślę, że  najbardziej tymi w środku. I nigdy, przenigdy, za nic na świecie nie dać sobie ich uciąć…

bo odchudzanie zaczyna się w głowie.

 

U mnie zaczęło się tak. 3 tygodnie przed świętami Bożego Narodzenia, moje dzieci dopadło przeziębienie. Skrupulatnie przekazywały je sobie nawzajem, licząc przy tym do PIĘCIU;).

Totalnie zasiedziałam się z tego względu w domu i właściwie „chrapałam” tak w nim do świąt. Zresztą jak pisałam poprzednio, domowe kury rzadko opuszczają swoje grzędy..Jednak to była już naprawdę ekstremalna sytuacja. Można dostać deprechy. I można  pocieszać się jedzeniem :).

Później święta jak to święta, liczne zjazdy rodzinne, okraszone górami tłustego jedzenia, ciast wszelakiej maści, słodyczy…

Systematycznie po tych górach się wspinałam, rzecz jasna sapiąc przy tym niemiłosiernie, aż osiągnęłam swój życiowy szczyt.  Po świętach weszłam na wagę i zobaczyłam taki krajobraz, że zaparło mi dech w piersiach… Stałam, patrzyłam się na te durne cyfry na wadze i nie mogłam uwierzyć. 90 kg?! 90kg?! Szok! Głęboki szok. Przecież jeszcze niedawno było 83 w porywach do 84kg. Zapłonęłam przepastnym wstydem i  żalem do siebie.

Boże! Jak mogło do tego dojść?!W żadnej z moich pięciu ciąż nie osiągnęłam takiej wagi! Nawet w dzień porodu! Zaczęłam płakać. Ba! Zaczęłam wyć i gryźć pięść do bólu. Popatrzyłam się w lustro i zobaczyłam (wreszcie!) smutną, nalaną, opuchniętą twarz. Bez życia. Matową i zmęczoną. Jakby cała moja wrodzona witalność umarła. Siedziałam w tej łazience jak zaklęta, dobre 15 minut. Tępo, zupełnie bezmyślnie patrzyłam się w ścianę.

Szok.

W  końcu wstałam . Stanęłam przed lustrem i zaczęłam sobie wygarniać: „Aśka bierz się w garść. Tym razem to już nie żarty. Już prawie rozpędziłaś się do setki. Ty, która w dzień ślubu ważyłaś pięćdziesiąt parę kilo?! Ty, która jesteś taką fajną dziewczyną,  a która sama sobie uszyłaś  zasłonę z tłuszczu?!  Cały Twój temperament, charakter, uroda, miłość zostały przesłonięte górą smalcu! Jaki autorytet stanowisz dla swoich dzieci?! Co im przekażesz?! Jaka przyszłość Ci się kształtuje?! Wózek? Słoniowacizna?  Już teraz nie masz sił na nic. Od lat nie byłaś na basenie. Ze wstydu. Wszystkie próby odchudzania, które podejmowałaś do tej pory, nie oszukujmy się, były pozorne i krótkotrwałe, dla zamydlenia oczu sobie i innym. Nawet trafił Ci się po drodze dietetyk. Fajny człowiek, ale cóż z tego jeśli  to był krótki „romans”, niecałe dwa miesiące.  Trochę „spadło sadło” , ale co z tego?! Potem  znów nastąpił powrót do mentalnego i fizycznego lenistwa z myśleniem jakoś to będzie…

Poczułam, że nie chcę tak dłużej żyć. Marnować mojego czasu, mojego JEDYNEGO życia na bycie grubaską.

To nie gierka komputerowa, że dostanę kolejną szansę i kolejną nową figurę, gdy teraz „skuszę”. Boże! Dlaczego zrozumiałam to tak późno?! Ile dni przeciekło mi między tłustymi od jadła paluszkami? Straszne.  Świadomość tego wszystkiego zabolała  mnie wtedy, niczym sztylet wbity w serce. Przeszyła boleśnie od koniuszka grubaśnego palucha po włosy na czubku głowy. Jak porypaną muszę mieć  głowę, skoro w tamtej chwili, smętnie w myślach zażartowałam: ” szkoda, że włosy nie mogą przytyć”.

Zero, k..a rekompensaty z tłuszczu. ZERO.

Włosy tragiczne i  suche, cera zresztą też…Co za niesprawiedliwość losu.  Czułam się fatalnie, ale poczułam przez ułamek sekundy (sic!) przyjemność…. Boskimi oczami Dżoany, wyobraziłam sobie, jak spektakularnie chudnę, a zewsząd słychać  głośne „OCHY i ACHY”. Próżność kobieca nie zna granic.

No nic, powiedzmy, że to był pierwszy krok do uzdrowienia.

Drugi  był znacznie ciekawszy. Zanim wyszłam z  dusznej łazienki,  z determinacją godną głodnej lwicy ,w głowie z klarowną wizją „ żyć albo tyć” , ruszyłam iście generalskim krokiem,  po czym …poślizgnęłam się na mokrej podłodze  i zrobiłam „ciut nie szpagat”. Już nawet nie zaklęłam, w akcie rozpaczy pomyślałam jedynie: ” wysportowana ze mnie grubaska. Szkoda tylko, że zabrakło w tym momencie świateł reflektorów” . Nie zdziwiła mnie ta myśl, wszak mój występ świetnie rokował do programu  „Mam talent”.

Byłam  wściekła na siebie i jednocześnie płonąca  z zażenowania nad swoją osobą. Wstydziłam się powiedzieć o tym komukolwiek, nawet mężowi, a może właśnie jemu  najbardziej. I właśnie dlatego, powiedziałam mu o tym jeszcze tego samego wieczora, przy kolacji złożonej z domowej pizzy,( dlaczego tak się znęcam nad sobą?)upieczonej, jakże by inaczej, przeze mnie osobiście. Ostatecznie ambitnie, nie spróbowałam ani kęsa.

Miałam dość udawania.

Do tej pory ciągle się oszukiwałam, że nie jest jeszcze tak najgorzej, że przecież mam pięcioro dzieci, chorą tarczycę, że nie mam czasu na specjalne gotowanie i ćwiczenia… Bla, bla, bla… Wymówki godne licealistki, która nie zrobiła pracy domowej.  K…a, poczułam, że mam dość samej  siebie.

Zdarzało mi się  nieraz  grać, przez dwa dni,  w grę pt. ” Nie jem słodyczy”. Najczęściej wypadała w weekend.  Gra była arcyciekawa.

Wypadała zazwyczaj na rodzinnych obiadkach u teściowej czy rodziców, gdzie Asia demonstracyjnie nie jadła ciastek, kotletów itp. obwieszczając całemu światu jak to się ona dzielnie odchudza ,już dwudziestą czwartą  z kolei niedzielę, dziwnym trafem przy tym nie chudnąc. Ta gra kosztowała mnie  sporo wysiłku  i nieustannego lawirowania wśród lawiny pytań i złośliwych uśmieszków rodziny. W sumie to się nie dziwię. To było żałosne. Potem wracałam na pole karne pt.” Lodówka” i stałam na nim do końca tygodnia, i tak w kółko.   Mimo dobrych chęci wciąż nic nie zmieniałam i trwałam w beznadziei.  Czasami już nawet starałam się zupełnie zignorować istnienie mojej  tłustej  dupy i  wierzyć, że jej tam z tyłu nie ma. Nie było to kosmicznie trudne. Wszak była za mną, a nie przede mną.

Przypominałam sobie o jej istnieniu najczęściej przed jakimś weselem albo wyjazdem nad morze. A wtedy płacz i zgrzytanie zębów. Na moje nieszczęście, załóżmy w przypadku urlopu, głośny  szloch trwał nie dłużej niż dwa tygodnie. A pocieszyć  z łez też się trzeba było. ..Najlepiej jedzeniem. I tak błędne koło się zamykało i toczyło…A wraz z nim ja, ważąca moje maksymalne 90 kg przy wzroście 158cm. Byłam jak  ogromna kula od dolnej części bałwana, turlałam się i rosłam w siłę.  Myślałam sobie nawet, że gdyby była ze mną taka tragedia, to ktoś coś by wreszcie powiedział.  Idiotyczne myślenie.  Chciałam żeby ktoś coś zrobił,  gdy ja,  nie robiłam nic. Trzydziestoletnia baba z myśleniem dziecka.  Tragedia.

Ja nie wiem co się wtedy stało w tej łazience, ale ja się obudziłam. Wpadłam w autentyczną panikę. Wieczorem już  nic nie zjadłam. Następnego dnia od rana zacisnęłam pasa. W popłochu zaczęłam stosować dietę dr Dąbrowskiej. Kompletnie nie przygotowana wytrzymałam na niej 2,5 dnia. Krótkie brawa. Schudłam 2,5 kg. I nie wiem czy więcej straciłam wody „dołem” czy przez zapłakane oczy. No, ale to chociaż jakiś początek jest. Muszę jednak przyznać, że duchowo taki post unosi. Zaczęłam mieć w głowie głodujące afrykańskie dzieci i tym podobne. To jest zdecydowanie na plus. Polecam wszystkim choć jeden dzień przeżyć na samych warzywach i dajmy na to 3 jabłkach. Zobaczycie co macie w głowach. Przyrzekam!

W planach jest konkretnie już siłownia. Czekam na chęć. I jakaś dieta. Może i skruszony powrót do dietetyka. Od pamiętnego postu Dąbrowskiej słodyczom powiedziałam papa. I chlebusiowi. Na razie tyle pomysłów. Przydałoby się więcej, ale serce silne jak nigdy dotąd. Jestem na etapie skurczów, czuję dosadnie jak rodzi się w bólach moja CHĘĆ. Wielgachną ma głowę i wolno przechodzi przez wąski kanał lenistwa, ale już widać, jest! nadzieja, wystaje już czubek nowego życia! Początek początku.

A jak to będzie…. ( tym porodem, rzecz jasna)….

….o tym w następnym wpisie. Koniecznie tam zajrzyj.  Przyjdź i zobacz mam nadzieję, narodzoną chęć. Mam nadzieję, że zaczniesz swój najlepszy początek w życiu! Razem ze mną.

P.S. Mile widziane upominki dla dziecka. W postaci komentarzy. Dziecko ma na imię Chęć i nad wyraz szybko się rozwija. Stawia już pierwsze kroczki.  Do zobaczenia.

4 komentarze

  1. mamaMariola

    Czytam i myślę- skąd ja to znam? Do pracy nad brzuchem zbieram się od porodu, ale wymówki pt. „przecież to była cesarka, wiadomo mięśnie po niej już nie te… et cetera etc.” I tak wymówki już trwają, ile to ma mój synio? aha 16 miesięcy … no to od 16 miesięcy. Dzięki za ten wpis. Może „Chęć” jest zaraźliwa.
    I niech rosną już tylko chęć, zapał i działanie i nic więcej, żadne cyferki na durnym urządzeniu zwanym wagą. Powodzenia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *