Wielodzietny poranek

 

Tu popłynę dziś z tekstem….Takie miejsce sobie dziś wybrałam. U wielodzietnych „serce domu” tętni nawet nocą 😉

Godz. 22.41. Dzieci śpią. Ogarnęłam co z grubsza chałupę by ją przygotować na poranny tumult. Teraz chwila dla mnie…

O 6 rano się zacznie. Schemat znany od dawna.

Pierwsze budzi się najmłodsze dziecię – niespełna 1,5 roczna Helenka. Uroczo wita dzień. Srebrzystym głosikiem tłumaczy mi, że jest moim dzieckiem.” Mamo wstań. Już czas. Jestem Twoje słoneczko. Mamo. Świecę dla Ciebie. Mamo, kocham Cię. Mamo, moje drobniutkie paluszki coś by chciały narozrabiać...Mamo… Słyszę ją kątem mojego zmiętego ucha. Jej spokój pozwala mi jeszcze chwilę balansować między jawą a snem. Odpowiadam jej matczyną telepatią:  „Żyj z całych sił I uśmiechaj się do ludzi…. Śpij, nocą śnij… Niech zły sen Cię nigdy więcej nie obudzi Teraz śpij .. ”

Całym swym sercem ją kocham, tą poranną, senną błogością ją kocham …

 

Nagle zaczyna szczekać pies.

O jamniczku mój jedyny!

Jesteś niezawodny!

” Aśka, wstań. To Twój pies. Idź bo zaraz się zsika. Asiu…”- słyszę  pierwsze słowa z ust Tomka.

Zaczyna się kilkuminutowa próba sił. Kto pierwszy wstanie?

Walka jest zacięta, bo gra z pewnością  jest warta świeczki. Ten kto wypuści psa  musi  również wyjąć 7 kubków, dwa z nich zapełnić  czarną siekierą , 5 herbatą – lurą, wyjąć siedem talerzyków oraz wysmarować prawie cały bochen chleba masłem.  Mówię prawie, bo zanim zaczęłam się odchudzać-był cały.

Teraz już nie truję się pszenicą. Jestem silna :).

Wracając do porannego wstawania, czasami daję Tomciowi poczucie siły i wstaję pierwsza ;), ale nigdy  w weekend 🙂 . Chyba jeszcze się nie zorientował biedaczek…

…albo tak

gorąco kocha…

No i tu zaczyna się ten moment, że spirala wydarzeń nabiera zabójczej prędkości.

Szkoda, że odchudzanie nie przebiega w takim tempie. W dwa dni bym zniknęła;).

Helenka już nie świergocze, ale wrzeszczy.  Nie mogę jej teraz wziąć z łóżeczka. „Jeszcze chwilkę córeczko” -uspokajam ją machinalnie. Wiem, że spędzi tam jeszcze dobrych kilka minut.

Budzę chłopaków, Wojtka i Dominika. „Wstawajcie! Wojtek! Dominik!”

Wiem, że do ich pokoju będę przychodzić jeszcze kilka razy…Odpuszczam…

Idę po 3 letniego Leonka. Przez ten czas wylazł z łóżeczka. Sam próbował się ubierać.  Majtki krzywo włożył, wywalił skarpety z szuflady, piżamę rozrzucił po pokoju i zaczyna się kłócić:

– że do „kola” on nie(czytaj przedszkola);

– że bluzka blia (czyt. nie ładna),

-że mama blia, i diti blia(  mama i dzieci są niegrzeczne).

Wiem już, że nie założy prędko tej bluzki, którą mu w pośpiechu naszykowałam.

Helena wrzeszczy.

Pies znów zaczyna szczekać. Skończył poranny spacerek po ogrodzie i domaga się wpuszczenia.  Niech szczeka.  Zostawiam drącego się Leonka i Helenę i biegnę znów do Wojtka i Dominika. Śpią. Jasny gwint. „Wstawajcie!”

Idę teraz do pokoju Wiktorii. Zawsze zastaję tam uroczy widok. Perfekcyjnie naszykowane ubranie na podłodze wczorajszego wieczora. Kocham ją…

 Moja 7 letnia nadzieja!

Za 5 minut będzie uczesana i ubrana. Ze spakowanym plecakiem zejdzie na dół. Złote dziecko. Zawsze lepiej zorganizowana od matki. Detronizuje mnie w tej kwestii zupełnie, raczej nieświadoma tego faktu. Choć,  kto ją tam wie…

Pies ujada.

Biegnę na dół i otwieram drzwi wejściowe.  K..a, znów nie zdążyłam. Uchwyciłam tylko jego czarny,  15- letni zadek, który nad wyraz zgrabnie zeskakiwał ze schodków .  Za długo czekał. Wołać za nim nie ma sensu,  głuchy już jak pień. Zaraz będzie próbował  awaryjnie dostać  się przez taras.

Wracam pędem na górę. Krzyczę po drodze,  żeby Wiki zjadła cokolwiek, że nie może iść na czczo do szkoły, bo rozwija się jej mózg…Wpadam do pokoju i gonię Leonka, który mi ucieka. Wywalił wszystkie bluzki z szafki. Ubieram go.

Pies szczeka.

„Wiktooooriaa!”- krzyczę.  „Wpuść psa i chodź na górę!”

Proszę by zeszła już z Leonkiem na dół i chwilę go popilnowała.

Tomek też krzyczy. Że już go nie ma, bo wyszedł. Bo się spóźnił.

Znów idę do chłopaków. Wojtek już wstał. Dominik śpi w najlepsze i mówi :”Już wstaję, noooooooo.”

Idę do Helenki. Nie może dłużej czekać. Jest! Słodkie dziecko! Słodko się uśmiecha i ma trochę mniej słodką kupkę… Jak zwykle w najlepszym momencie. Przewijam ją lotem błyskawicy.

Idę do chłopaków. Wojtka już nie ma w pokoju, już je śniadanie na dole. Dominik leniwie się ubiera. Nigdy mu nie śpieszno.

A mi….. nóż się otwiera…Ma władzę nade mną, skurczybyk. Jak nikt w tym domu.

Wytaczam wtedy najcięższe działo. „Za dwie minuty na dole albo szlaban na tablet, gry i youtube.” Działa. Nie wiem kiedy się zepsuje.

Biegnę na dół z ubraną Helenką. Wszystko pod kontrolą. Całą czwórka na dole. Wszyscy kończą jeść. Dominik się dołącza. Cieszę się,5 minut do wyjścia.

Myślę, nie jest źle. I nagle Wojtek sobie przypomniał, że miał  wziąć flet do szkoły, a Dominika olśniło, że potrzebny mu, koniecznie na dziś, zeszyt do geometrii. „Synu, teraz mi to mówisz?! –  a w myślach od razu rozwiązanie, kupimy w kiosku pod szkołą.

Mówię do Wojtka, że sama poszukam fleta. Będzie szybciej. Proszę by zajął się Helenką. Biegnę do pokoju. Otwieram szufladę, przewalam kartki, karteluszki i śmieci. Jest !

Z dołu słyszę”Maaaaamooo!

– „Coooooo?”- odpowiadam  nad wyraz kulturalnie.

„Helena się zalała piciem!”

Ja pier…  Zwariuję. -myślę siarczyście.

Wiktoria, Dominik, Wojtek! Wsiadajcie do samochodu!

Ubierzcie mi jeszcze Leona, chociaż buty. Proszę.- dodaję słodziej.

Biegnę przebrać Helenkę. Zajmuje mi to pół minuty. Mokrą bluzkę i body spod spodu zostawiam na podłodze w sypialni.

Na dole  starsza trójka już prawie ubrana. Ostatnie szlify.

-Mamo, nie ma mojej rękawiczki! – Wiktoria.

-Mamo Wojtek zabrał mi czapkę! – Dominik.

-Wojtek,  a gdzie jest twoja czapka?- tym razem ja.

– Zostawiłem. Chyba w szkole.  Albo w samochodzie.

Nie komentuję. Nawet w myślach.  Patrzę na zegarek.

A Leon? Gdzie jest Leon?

Boże! Zdążył zdjąć  już buty. Jeden jest. A drugi? W myślach  znów głośno: Ja pier…

– Wojtek, Dominik, Wiktoria! Wsiadajcie do samochodu.! Przez garaż. Wojtek weź Helenkę! Zapnij ją w foteliku.

– Dlaczego ja? Nie może Dominik?

– Synu jesteś najstarszy, pomóż mamusi. Mamusia Cię doceni.

– To kup mi  nowe spodnie. – i ociężale schyla się po Helenkę.

Niedługo przestanie działać. Za duży jest – myślę, a odpowiadam:

–  Pogadamy w samochodzie.

Wyszli. Ciszej jest.

Słyszę, że kot miauczy, chce dostać natychmiast jeść.

Nie ma opcji.  Po powrocie.

Papuga od 15 minut nie przestaje skrzeczeć, chyba bawi ją ten cyrk.

Leon już powoli się nudzi ucieczką.  Nie ma już widowni. Raczej już zapięta w pasy do tego czasu.

Buta nie ma.

– Leonku, gdzie schowałeś bucika, skarbie?,

– Nie ma. o ja tu… o ja nie tu…mama  blia (czytaj niedobra).

Nie mam czasu. Naprawdę nie mam już czasu.

Leonku, mama da ci kawałek czekolady, ale daj mi bucika. Proszę.

Działa.

Idę do kuchni, podstawiam krzesło by sięgnąć na najwyższą półkę po czekoladę.

Nie powinnam, ale jestem z siebie dumna.

Wszyscy w samochodzie.

Ruszamy. Czeka nas 15 km brawury. Dodam,że odbędzie się to 15-letnią, granatową krową – Chryslerem.

A poprzednia miała być już ostatnią…

Helenka zaczyna płakać. Wykręcam się do tyłu i daję jej  poświątecznego pierniczka ze schowka samochodowego.

Przestała. Sukces.

Dominik z Wojtkiem kłócą się o czapkę, Wiktoria pyta czy pamiętam, że dziś ma iść do koleżanki….

Włączam na full muzykę. Jadę.

Już Lublin. Ostatnia prosta. Spoko, nie jest źle.

Za minutę ósma lądujemy szczęśliwie pod szkołą.  Posyłam Bogu dzięki, w myślach.

Wysiadają sami. W ostatniej chwili przypominam sobie o zeszycie dla Dominika. Otwieram szybę, wołam żeby wrócił.  Z trudem wyłuskuję dwa złote z półeczki samochodowej, które rzuciło mi się w oczy.

– No leć, pa. Bądź grzeczny.

Uff….

Jeszcze tylko Leon do przedszkola. No, a gdzie mój portfel? Cholera, zapomniałam go wziąć z komódki! – zaczynam myśleć. Miałam zapłacić składkę. Znów pomyślą w przedszkolu….., a kij im  wszystkim w oko…

Wysiadamy. W domu nie zdążyłam załadować wózka.  Biorę czekoladową od stóp do głów Helenę na biodro.  Leonka chwytam mocno za nadgarstek. Za mocno. Za dużo tu samochodów.

Znów pięknie zaprezentuję się w przedszkolu. Rodzice wybałuszą oczy, pani uśmiechnie się z politowaniem…

Przebieram Leonka jedną ręką. Jest uśmiechnięty. Daje mi  mięciutkiego, ciepłego buziaka. Biegnie radosny i znika po chwili w sali. Kocham go tym buziakiem na policzku. Jest mi już dobrze.

Jesteśmy już tylko we dwie. Mama i najmłodsza córeczka. Wracamy do domu. 15 km spokoju. Jest cudownie. Słucham Kleyffa…

Za chwilę mnie czeka kolejny maraton, ale jeszcze teraz o tym nie myślę.

Parkuję. Wysiadam.

Zaraz się zacznie.

Zaraz potknę się o  rozwalone buty w przedpokoju, zaraz będę  karmić Helenkę, która nie dojadła śniadania i kąpać ją z „samochodowego pierniczka”… W międzyczasie dam jeść  psu i kotu, zmienię wodę papudze…Będę  rozróżniać i zbierać brudne i czyste ubrania z podłogi, gotować 2 obiady, (sobie chudy),nastawiać  zmywarkę i wypełnioną po brzegi pralkę z 10 kg wsadem. ..

Będę układać klocki, parzyć się  w pośpiechu wrzątkiem, śpiewać piosenki…Spróbuję podlać kwiaty. I będę patrzeć na zegarek. Zaraz kończą lekcje….

Jestem szczęśliwa. Właśnie odpoczęłam. Kładę się spać. Jest już późna noc.  A rano??? Wróć na górę tekstu ;).

O tym myślę, gdy mówię o potykaniu się w domu… 🙂

Dobranoc wszystkim.

8 komentarzy

  1. mamaMariola

    Bogu niech będą dzięki za auto, Ja mam podobnie (tylko troszkę podobnie bo minus dwoje osobników minus pies, kot i papuga i minus wulgaryzmy, jakoś mi nie pasują) ale za to plus mpk zamiast auta…
    Nieźle to opisałaś. Po prostu dało się wczuć w tę atmosferę.

    • admin

      Taka poranna nerwówka. Dwa osobniki mniej to nie taka duża różnica ;). A papużki czy pieski pewnie się pojawią kiedyś tam…A i osobniki dwa…, kto wie? 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *