Owocna randka z PMS ;)

 

Dopadł mnie PMS.

Jak co miesiąc.

Tylko kilka razy w życiu mój nieznośny syndrom okazał się czymś więcej ;).

Zawsze w te dni wszystko czuję po stokroć  mocniej.

Pobolewanie brzucha, głowy, zatrzymanie wody to podrzędne kwestie. Do przeżycia.

Najgorsze jest moje wnętrze. W piersi obrzmiałej i bolącej tłucze się niespokojne serce.

Serce matki, żony , kobiety, kochanki…człowieka….

Serce, które jest we mnie na co dzień jak  ogień.

Ale w te dni to już przesada, pali mnie do bólu.

Nie żartuję.

W takie wieczory zwykłe śpiewanie kołysanek kończy się okrutnym rozczuleniem. Punkt kulminacyjny jest gdzieś pomiędzy słowami ” żyli wśród róż – nie znali burz.”  Zanim maluchy zasną, Leonek pokazuje mi, że poduszka  jest mokra i gestykulując tłumaczy pokrętnie, że nie da rady tak spać. Pyta, dlaczego płaczę. Odpowiadam mu, że mama płacze ze szczęścia. Nie rozumie, ale się uspokaja i daje mi buziaka. Przekładamy poduszkę na drugą stronę. Helenka w tym samym czasie zasypia z główką  na moich bolących cyckach. Kołyszę się z nią na boki , zupełnie jakbym cierpiała na chorobę sierocą. Po chwili zasypiają.

W takie dni  patrzę na ich anielskie, śpiące twarzyczki i chciałabym je chciwie zatrzymać dla siebie. Nie pozwolić im dorosnąć.  I słuchać ich spokojnego oddychania…

W taki wieczór z  chęcią poszłabym  na randkę z moim PMS .

Najchętniej na  plażę naszą bałtycką.

Siadłabym sobie z Nim na brzegu i pozwoliłabym, żeby fale swobodnie moczyły mi dupę.

Dłonie bezwiednie bawiłyby się mokrym, zimnym piaskiem…

Tylko ja, PMS i szum. I płacz.

Gdy dopada mnie ten nieszczęsny syndrom, staję się przejściową wariatką. Naprawdę.

Jedne krzyczą i  ogólnie są nieznośne, a ja- płaczę. Chyba dlatego, że na co preferuję krzyk.

Popapraniec ze mnie.

Płaczę, bo kocham,

bo tęsknię za czymś nienazwanym.

Płaczę, bo skończył się papier w łazience i problem mnie przerósł…

Tomcio już wie, że co miesiąc zamieniam się w małą dziewczynkę, którą trzeba głaskać po główce. I na ogół daje sobie z tym świetnie radę.

O ile sam w tym czasie nie zamieni się w Piotrusia Pana :).

A wtedy, nie daj Boże! Dom wariatów!

 

I tak oto na poprawę humoru, strzeliłam sobie trzynastozgłoskowca o tym bezdusznym potworze, który mnie męczy 😉

 

„PMS”

Diety się trzymam i słodyczy nie spożywam,

choć PMS mnie kusi  srogo, nie ukrywam.

I chciałby złamać mą wolę drogi kolega,

ale odpada w zawodach już na przedbiegach.

Spływaj stąd szybko maluchu i nie rób szumu,

nie będę nerwów swych  tracić w tak trudnych chwilach,

idę  i wyjmę butelkę dobrego rumu,

I będę śniła o kolorowych motylach.

Pójdzie w pierony niedługo krzywa kaleka,

a mnie znów zaleje czerwona, bystra  rzeka….

 

P.S. Niedługo będzie wpis w temacie diety. Dziś nie mam siły. Wybaczcie. Idę popłakać, jeszcze to mi wolno :). Kobity, czy wy też tak macie? Bo czuję się dziwnie…Pocieszcie mnie.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *